Nie dajmy sie zwariować!
piątek kwiecień 13th 2007, 21:19,
Dodane na stronę przez: Deathdriell
Kategoria wpisu:
Przemyślenia
„Biedne, zakompleksione stworzenie” usłyszała o sobie Ida, główna bohaterka jednej z książek M. Musierowicz. Do ilu z nas pasowałoby to określenie? Jak podobać się sobie, gdy kanonem piękna jest dziś (tfu,tfu!) lalka Barbie?
Kompleksy. Zbyt grube nogi, za duży nos, czy też brak wypasionej komóry- powód nie jest tu ważny. Ważna jest przyczyna. Kryje się ona pod (z pozoru) niewinną nazwą- media. W telewizji, na bilbordach i w gazetach oglądasz zdjęcia wychudzonych aktorek, po co najmniej jednej operacji plastycznej, w dodatku z kilogramem tapety na twarzy. Nad ich wyglądem pracuje sztab kosmetyczek, dietetyków, fryzjerów. Jeśli myślisz, że w rzeczywistości są takie cudowne, to Cię rozczaruję- nie są. Na co dzień, w wyciągniętym dresie i bez makijażu wyglądają wręcz przeciętnie. Chcesz dowodu? Poszukaj ich zdjęć z przed paru lat. Zobacz jak wyglądały, zanim zatrudniły sztab stylistów. Ujrzysz te same „grube nogi” i „za duży nos”.
Więc gdzie jest problem? W Tobie. Zaakceptuj siebie takim, jakim jesteś. Wierz mi, nie musisz ważyć 40 kg, mieć markowych, modnych ciuchów, długich nóg i blond włosów, żeby inni Cię lubili. Wystarczy tylko, że zmienisz zdanie na swój temat i znajdziesz swój własny, niepowtarzalny styl bycia. I zamiast myśleć „Boże, wyglądam koszmarnie!” pomyśl „Jak ładnie dziś wyglądam.” Bo chociaż w życiu obowiązuje zasada „Jak Cię widzą, tak Cię piszą” to jednak Twój wygląd zależy w dużej mierze od Twojego nastawienia, osobowości, kultury itd…
Jeżeli przestaniesz być nieśmiały i zaczniesz o sobie myśleć „jestem fajny, jestem ładna” (tylko nie popadaj w narcyzm
) to wszyscy inni będą Cię jako taką odbierać. Sprawdź, to działa! Porzuć maskę owego „biednego, zakompleksionego stworzenia”. Co Ci szkodzi spróbować? Niczego nie stracisz… No, może prócz kompleksów;)
“Katarzyna K”
piątek marzec 16th 2007, 13:01,
Dodane na stronę przez: Galadriela
Kategoria wpisu:
Przemyślenia
Wtorek, wieczór. W telewizji po reklamach cud-kremów rozpoczyna się serial.
Serial, którego nie znoszę i nie zniosę nigdy. Chcecie wiedzieć dlaczego?
Ten niebywały cud polskiej kinematografii nazwę „Katarzyna K.” Tak więc nasza Katarzyna, 30-letnia wspaniała prawniczka siedzi w eleganckim fotelu i gada do swojego kota: „No, Maniek, powiedz mi kiedy ja znajdę miłość?”
Nazajutrz, jak wynika z poprzednich dialogów z kotem, ma ciężką rozprawę , ale dlaczego nie miałaby siedzieć w nocy na swoim pięknym tarasie z lampką wina? Razem z nią siedzi niezależny, sarkastyczny, fajny i „cool” fotograf, który raz po raz pstryka dziewusze fotki. Obok ruda kobieta pracująca w bankowości śledzi poczynania giełdy w minionym tygodniu i rozwodzi się nad kolorem swoich włosów. To właśnie warszawscy przyjaciele Katarzyny.
Streszczając, po 20 odcinkach jest już szczęśliwie zakochana w prawniku Piotrze.
On zawsze mówi do niej Katarzyna (nigdy Kasia), a ona do niego Piotr (nigdy Piotrek) - to przecież wypucowana Warszawka. Więc gdy Piotr dzwoni do Katarzyny, proponując spotkanie, ta odmawia słodko mówiąc: „Piotrze, nie mogę, mam romans z kodeksem karnym”- zapatruje się w książeczkę podpisaną: KODEKS CYWILNY.
Katarzyna wygrywa większość spraw - wtedy to klienci padają jej do stóp, dziękują, wręczają kwiaty i oczywiście pieniądze. Ona posyła zalotny uśmiech, mówiąc: „Musieliśmy wygrać! Nie było innej opcji…” Mowy wygłaszane przez prawniczkę na sali sądowej są co najmniej żałosne. Padają zdania w stylu: „Wysoki sądzie, niech sprawiedliwości stanie się zadość!” i „Gdzie się podziały prawa i morały, gdy żona zamknęła mężowi drzwi przed nosem?!”
Nasza Katarzyna ma tysiące złotych myśli na odcinek i każdą z nich rozważa spoglądając w dal. Nic więc dziwnego, że gdy Piotr nagle znika (wyjechał do USA) pani adwokat patrzy wielkimi, migdałowymi oczami w kierunku północno-wschodnim.
Biedny Piotr, zapadł na nieuleczalną chorobę i nic nie powie Katarzynie, gdyż nie chce rujnować jej życia. Dobrodziej…
Ale czy wierzycie, że Piotr umrze?! Oczywiście, że nie! Przyjedzie do ukochanej na białym rumaku (czytaj: porsche), krzycząc: Katarzyno, Katarzyno!!!
A ona niedowierzając spojrzy w dal i odpowie: Piotrze, Piotrze!!!
O, jaka szczęśliwa jest ta bohaterka, przezwyciężyła złego pana prokuratora, przezwyciężyła łzy i wreszcie przezwyciężyła korek w mieście i znowu są razem- wypudrowana Katarzyna i wypucowany Piotr.
Miłość, miłość i jeszcze raz miłość. Zero codzienności - kupa pudru i grubych portfeli.
I wciąż zadaję sobie pytanie: dlaczego ludzie oglądają ten denny serial, który nie przekazuje żadnych wartości, tylko zabiera godzinę życia?
Ktoś powie : jak ci się nie podoba to nie oglądaj!- i tak robię, nie tracę czasu na śmieci!
Z ogromnym niesmakiem odchodzę od telewizora.
Dla Was tym razem proste przesłanie:
Z serialu „Magda M.” – bo o niego chodziło - można się tylko śmiać, lub ewentualnie ubolewać nad jego idiotyzmem.
Pozdrawiam fanów Magdy M.,
Galadriela
Brawo dla „Aplauzu”
niedziela luty 25th 2007, 21:59,
Dodane na stronę przez: Galadriela
Kategoria wpisu:
Przemyślenia
Witam wszystkich czytelników. Dziś postanowiłam dokonać przeglądu prasy.
Na rynku prasowym odnaleźć można wiele tytułów przeznaczonych dla określonych grup odbiorców, np. ludzi biznesu, głodnych rozrywki, czy młodzieży. I o tych ostatnich pragnę napisać.
W ręce wpadła mi pewna gazeta, nazwijmy ją „Aplauz”.
Sama okładka zachęca:
„J. McC. Powraca - przeżył zdradę!” – owszem, nie wszyscy zdradzeni umierają(…)
„B. kontra T.- czy dziewczyna rozdzieli go z bratem?!”- tak, to nasze podstawowe zadanie - niszczyć palić i burzyć!
I na dokładkę „Ekstra! Osiem plakatów!!!”- nie ma to jak osiem wypudrowanych i polepszonych komputerowo twarzy…
Na pierwszych stronach informacje o tym, kto z kim zerwał i kto ile zarobił - pomijam. Dalej dwaj „rockowi” bliźniacy udowadniają swą odmienność (racja, cień do powiek rzeczywiście inny), blondwłosy laluś odchodzi z zespołu, a czterech facetów z Rumunii lubi Coca-Colę (wybaczcie, co mnie to obchodzi?!).
Pismo jako temat numeru zamieszcza rozważania na temat MOJEGO ewentualnego zakupoholizmu, oprócz tego dziewczyna kocha nauczyciela a jakiś Alek się naćpał i Ilona nie może mu pomóc…
Teraz należy opisać, czego się dowiedziałam czytając ową chlubę prasy.
Po pierwsze jestem podobna do Justina Timberlake’a, gdyż dużo tworzę i chcę się rozwijać - ależ dziękuję z komplement.
Po drugie, moim Bogiem jest Horus - co za przyjemny absurd…
I po trzecie - i ostatnie wreszcie - już nigdy nie wolno mi wydać pieniędzy na 60 przykrych, bolesnych i tandetnych stron.
Teraz trochę poważniej. Jestem czytelnikiem, na szczęście wolnym i sama wybieram, co chcę czytać. Jeśli przyjrzymy się głębiej artykułom komercyjnej prasy młodzieżowej, zobaczymy zbiór bezsensownych, niepotrzebnych wyrazów. Przejrzyjcie chociażby naszą „Gimzetkę”. Tutaj każdy jest indywidualnością, którą trzeba szanować. Bowiem to WY decydujecie o swoim losie i upodobaniach, o tym czy chcecie stać się klonem Paris Hilton i Macieja Zakościelnego. Chcesz? Bądź!
Jeśli nie chcesz, pamiętaj, że zdradę naprawdę da się przeżyć i nie musisz lubić Coca- Coli…
Galadriela
Ubiór, fryzura a muzyka…
piątek luty 24th 2006, 22:44,
Dodane na stronę przez: koras
Kategoria wpisu:
Przemyślenia
Dresiarz z dredami, w bluzie z jakimś metalowym zespołem, skejtowskich spodniach, w glanach i z mp3 (z włączonym utworem Chopina).
Absurd? A dlaczego by nie?
Właśnie. Dlaczego nie? Czy przynależność do danej subkultury musi dyktować nam w co się ubierać i jakiej muzyki słuchać? Wiem, że trudno sobie wyobrazić punka nucącego jakąś techniawę z Love Parade, ale co w tym złego? Przecież ograniczanie się do jednego gatunku muzyki to głupota i ograniczanie własnej wolności. A czy DJ z dyskoteki nie może czasem sobie puścić jakiegoś rzeźnickiego hard rocka? Wiem, że to brzmi dziwnie, ale dlaczego nie?
Wszystko sprowadza do tego, że ludzie ślepo naśladują siebie nawzajem.
Jestem skejtem - więc słucham tylko HH. Jestem skinem - no więc tylko łysy łeb i wojskowe ciuchy. Ale dlaczego? Większość takich osób odpowie: “Bo chcę się wyróżniać od innych”. Przecież to śmieszne. Po pierwsze dlatego, że to ogranicza swobodę wyboru. Po drugie dlatego, że ubieranie się tylko w dany sposób, to popadanie w kolejny schemat. Można chyba wysnuć teorię, że ten, kto ubiera się jak wszyscy, jest najbardziej prawdziwy. Owszem, mało mężczyzn nosi długie włosy. Ale wystarczy wejść na koncert dowolnej metalowej kapeli i już przestaje się być oryginalnym. Dlatego chyba najlepszym rozwiązaniem jest po prostu ubieranie się, zachowywanie i słuchanie muzyki takiej, jaka nam odpowiada. I nigdy nie uwierzę, że noszenie glanów przy temperaturze +30 stopni to nie jest tylko głupi kaprys. Przecież to to samo, co kierowanie się modą. Czy nie prościej - zamiast popadać w bezsensowne schematy - być sobą i robić to, na co ma się ochotę?
Dlatego proszę Was! Gdy następnym razem otworzycie swoją szafę, zastanówcie się: czy te ubrania są takie, a nie inne, bo Wam się podobają, czy dlatego, że utarło się, iż skejci dresiarze, skini, metale, punki, klubowicze (niepotrzebne skreślić) czy kto tam jeszcze jest, tak się ubierają. A jeśli wolicie żyć w zakłamaniu, to proszę bardzo. Bądźcie dalej tacy “alternatywni i buntowniczy”. Ja wolę prowadzić rebelię poprzez czyny i myśli, niż przez czerwone sznurówki w butach.
Na koniec chcę zaznaczyć, że są tacy, którzy idealnie odnajdują się w danej subkulturze. Ale takich jest bardzo mało i wcale nie jest to do końca pozytywne. A na koncerty zakładam glany tylko dlatego, że lubię swoje stopy i chcę mieć je jeszcze całe.
Wymądrzał się Hauptman